Yantai 2010 podsumowanie

DSC00295-mini

Jesteśmy już tydzień w kraju czas więc na krótki podsumowanie. Tak jak i poprzednie wizyty w Yantai, również ta była na swój sposób inna. Po raz pierwszy byliśmy tak liczna ekipą. 11 białych poruszajacych się czy to w Yantai, Qingdao czy Pekinie wzbudzało ogólne zainteresowanie. Nawet w Pekinie na Wangfujianie gdzie jest pełno osób z Zachodu wzbudzaliśmy sensację.

Być może z tego względu, że brano nas za jedną z ekip, która przyjechała na Olimpiadę Sztuk Walk. Jadąc do Chin z tak liczną ekipą bałem się logistycznych kłoptów typu, znaleźenie wolnych miejsc w restauracji, złożenia odpowiedniego zamówienia, poruszanie sie itp. Udało się praktycznie bez bólu. Napewno dobrym posunięciem było częstsze korzystanie z komunikacji miejskiej zamiast jak przy poprzednich wizytach poruszanie się tylko za pomocą taksówek.

O zawodach nie ma co się rozpisywać. Poziom bardzo zróżnicowany. Nasz występ mogę uznać za udany. A wprzypadku kilku osób nawet za bardzo dobry. I był to dobry sprawdzian dla tych, którzy postanowili wystąpić we wrześniowych Mistrzostwach Polski.

Co do treningów to dla mnie osobiście pozostał pewnien niedosyt. Mogliśmy osiągnąć więcej.  Ale tak to już jest w Yantai kiedy chce się połączyć treningi z chęcią zobaczenia czegoś innego niż tylko duszne wnętrze wuguan.  Powstały niedosyt na pewno za jakiś czas spowoduje chęć powrotu do Yantai.

No właśnie czy warto wrócić do Yantai. Pytanie na które jest tylko jedna odpowiedź. Tak warto choćby ze względu na serdeczność ludzi, którzy za każdym razem nas tu witają.  A także dla tego co jest dla nas najważniesze dla pamięci o mistrzu. Tak wię wracamy do Yantai. :)

Na koniec kilka słów podziękowania dla całej ekipy. Dla fińskiej części naszej grupy czyli dla Pave, Esuko i Mika (wymowa chińska) oraz dla polskiej części czyli Boobo, Yogiego vel Miśka Przeklinaka vel Największego Marudę, Mariana the Baijiou, Buskiego Wiatra, Przeeeemeka, Marka the Discoman vel Paparazzi nr 1, Mariusza the Paparazzi nr 2 . Daliście radę, dziękuję Wam za to i do zobaczenia.

Pekin

_DSC0162

W Pekinie lądujemy kilka minut po 11.  Trochę czekamy na broń i możemy opuścić lotnisko. Przy wyjściu czek na nas pan z tabliczką – Slawek from Yantai. Niestety bus, którym przyjechał po nas, okazuje się za mały na 11-osobową ekipę z bagażami. Po dwóch kursach wszyscy w końcu lądujemy w hotelu – Beijing Airport Gold Rout International Business Hotel (Beijing Konggang Jinhang Guoji Shangwu Jiudian).

Po dwóch godzinach ruszamy busem na lotnisko aby potem ekspresowym pociągem za 25 yuanów dojechac do stacji metra Jiang Guo Men. I dopiero od niej regularnym metrem za 2 yuany dojechać do placu Tian’anmen. Niestety jest już za późno i „Zakazane Miasto” jest już zamknięte.

Po chwili decydujemy się na wykupienie jazdy busikiem wkoło „Zakazanego Miasta”. Po walce wręcz zajmujemy miejsca i za 1 yuana ruszamy w objazd… , który kończy się po przejechaniu 1,5 km. Śmiejąc się sami z siebie lądujemy w końcu w pubie na Pekińskim Nowym Świecie czyli ulicyWangfujian. Piwo Yanjingpijou po 10 yuanów, da się przeżyć.

Wcześniej telefonicznie umówiliśmy się z Tomkiem, który właśnie kończył w Pekinie kurs sędziów sandy. Po dwóch piwach w końcu zjawia się Tomek. Razem udajemy się na kolację.

Ceny w restauracji którą wybraliśmy były raczej nie na naszą kieszeń ale coś w końcu udało mi się wybrać. Na pewno Beijing kaoya była warta ceny – 138 yuanów.  Za taką samą kaczkę w Yanai płaciliśmy znacznie mniej ale nie była nigdy tak smaczna jak tam blisko Wangfujian.

Dzień drugi to poranna wyprawa na chiński mur – Mu Tianyu. Jazda wyciągiem na wysokość prawie 800m a nastepnie dwugodzinna przechadzka po murze nieźle nas zmęczyła.  Z muru zjeżdżamy po torze na ”tooboganach” czyli czymś na kształt saneczek.

Plusem tego odcinka Chińskiego muru było to, że nie było tam dużo turystów. Przynajmniej łatwo było zrobić sobie pamiątkowe zdjęcia.

Busa na mur wynajeliśmy w naszym hotelu wraz z panią przewodnik, która ograniczyła się do doprowadzenia nas tylko do kasy gdzie kupiliśmy bilety na wyciąg. Niestety w drodze powrotnej ”pani przewodnik” bezskutecznie próbowała na oszukać twierdząc, że w opłatę za busa nie jest wliczone jej wynagrodzenie. Nie był to mój pierwszy taki przypadek i z tego chociażby powodu staram się zawsze omijać Pekin.

Po powrocie do hotelu część ekipy udała się ponownie do „Zakazango Miasta” reszta poszła do restauracji w pobliżu hotelu. Także w tej samej restauracji urządziliśmy naszą ostatnią kolację mocno przerywaną ganbei   - zarówno yanjingpijiou oraz baijiou. Jedzenie mimo, że ostro bardzo dobre. Cena 300 yuanów (na 10 osób) oraz przemiła obsługa zatarły niekorzystne wrażenia z Pekinu. Wracamy do kraju. W następnym wpisie podsumowanie całego wyjazdu.

Pożegnanie z Yantai

DSC_0001

Yantai płacze przed naszym wyjazdem. :) Od wczoraj ciągle leje. Dzisiaj rano mieliśmy ostatni trening. Po którym całą ekipą wraz z shi shu i starszymi uczniami udaliśmy się na obiad. Niektórzy po ostatnich naszych przygodach szczególnie w Penglai obawiali się tego obiadu jednak wszystko skończyło się spokojnie, tak że mieliśmy czas na ostatnie zakupy. Także wczoraj po wieczornym treningu niespodziewanie wujek zabrał nas na szybkiego grilla i kilka ganbei półlitrowymi kuflami piwa. :) Sponsorem tej kolacji była nasza laoshi Zhang Notabene każdy wieczorny trening kończyliśmy na ulicznym grillu gdzie piliśmy piwo po 2 yuany i raczyliśmy się mięsem po jednym yuanie za porcję. Miłe było, że nawet kiedy nie było wolnych dwóch stolików to zaraz pani właścicielka organizowała swój ogródek w ten sposób abyśmy mogli usiąść razem.

Wracam jednak do tematu treningów. Po zawodach rozpoczęliśmy regularne treningi w szkole. Treningi rozpoczęliśmy na moje życzenie formą tanglang jian, czyli miecz trzymany oburącz. Nie jest to forma stricte tradycyjna. Została opracowana wspólnie przez mistrzów Yu Tiancheng, Yu Hai i Yu Tianlu. Specjalnie wybrałem tę formę gdyż wiele osób wciąż ma problemy z odpowiednią pracą ciała w tanglang a ruchy z tej formy, robione oczywiście prawidłowo, powinny pomóc skorygować te błędy. Kilka treningów pozwoliły większości grupy opanować te formę na przyzwoitym poziomie. Teraz przed nami żmudne powtarzanie tak aby minimalnie zbliżyć się do tego co prezentuje wujek. Czyli dla większości mission impossible.

Kolejna forma wybrana przez mnie to forma z kijem wu hu qun yang gun. Forma tradycyjna ćwiczona także w przekazach z Hong Kongu, która tak samo jak miecz ma na celu poprawę pracy ciała. Niestety nie sądziłem, że jest ona aż tak trudna. Ruchy poznaliśmy czy ktoś zrobi ją jednak tak jak wujek to już inna sprawa.

Trzecią formą, którą wybrał dla nas tym razem shi shu to pu dao dui qiang. Krótka ale bardzo dobra forma na zawody czy pokazy. Oczywiście byliśmy także na treningach prowadzonych przez naszego da shixiong. Poznawanie form i metod treningowych jak kiedyś uczono w Yantai jest także jednym z celów każdej naszej wizyty.

Kończymy nasz wyjazd imieninami naszego Miśka Przeklinaka czyli Yogiego. Najpierw kolacja w Yantai Renjia czyli „knajpie domowej”. Teraz hotel i kilka butelek „bambusówki” tej mocniejszej 45 procentowej. Jutro rano lot do Pekinu i ostatnie dwa dni naszego pobytu w Chinach. A Yantai nadal płacze.

Chiny okiem Paparazzi

_DSC0290

Dla  mnie Chiny okazały się zupełnie innym krajem niż się moglem zobaczyć w programach TV.  Spodziewałem się zobaczyć tu ludzi w dużych słomianych kapeluszach, ubranych w tradycyjne stroje. Tymczasem dominuje tu moda zachodnia. Nowoczesne szklane wieżowce, których mogłoby pozazdrościć nie jedno europejskie miasto, szerokie asfaltowe ulice, a obok tradycyjnych rowerów i motorowerów nowoczesne samochody. Co prawda ruch uliczny jest tu dużym problemem przez pierwsze kilka dni, jednak szybko można się przyczaić.

Dużym zaskoczeniem jest gościnność naszych chińskich braci kung fu, która towarzyszy nam przez cały czas pobytu.  Dla wielu z nas niezapomniana zostanie  pierwsza kolacja  zaraz po przyjeździe, serwowane tradycyjne potrawy, które podane na stół niespostrzeżenie lądowały na naszych talerzach nakładane przez gospodarzy.

Ciekawym doświadczeniem była wizyta na dyskotece na której zamiast chińskich przebojów  dominowała muzyka jaka znamy z europejskich dyskotek. Młodzi Chińczycy bawią sie podobnie jak młodzież w innych krajach, są przyjacielscy i chętnie zawierali z nami znajomości.  w tak dobrym towarzystwie przy toastach gan bei bawiliśmy się do świtu.

Zycie w Chinch  bardzo się zmieniaja, coraz bardziej przypomina Europę, a młodzi Chińczycy odcinają się od tradycyjnego życia, na korzyść kultury zachodniej.

Bardzo się ciesze ze mogę gościć w kraju gdzie narodziło się kung fu, w rodzinnym mieście mistrza Yu, i stolicy modliszki.

Wspomnienia z Penglai

_DSC0053

Przypadła mi zaszczytna rola napisania jednego z ostatnich wpisów naszej chińskiej wyprawy. Za parę dni powrócimy do naszego kraju bogatsi o nowe doświadczenia. Dla większości grupy są to zupełnie nowe doświadczenia. Wielu z nas nie poznało do tej pory tak egzotycznego kraju. Kraju, gdzie na ulicy jeździ więcej nowych samochodów ekskluzywnych marek, niż na niejednej europejskiej ulicy. Kraju, gdzie po ulicy jeździ więcej skuterów wszelkiej maści, niż rowerów w Amsterdamie. Tych kontrastów jest tak wiele, że nie sposób wymieniać ich w nieskończoność.

Da dao – Yu Tian Lu

Herbata

_DSC0408

W Yantai jest kilka miejsc, które podczas każdorazowej wizyty odwiedzamy wielokrotnie. Oczywiście najczęściej odwiedzanym miejscem jest szkoła qixing wuguan, gdzie codziennie ćwiczymy. Natomiast z miejsc niezwiązanych z kung fu, w którym regularnie się pojawiamy od kilku lat jest sklep z herbatą, który znajduje się na targu San Zhan. Każdorazowa wizyta to przynajmniej dwie godzinny próbowania różnych gatunków chińskich herbat.

Halabarda wiosen i jesieni

Lao Shan

DSC_0207

Trochę ostatnio zaniedbaliśmy wpisy na blogu. Ale tak już jest w Yantai. Kiedy coś sobie zaplanujemy to na pewno wydarzy się coś co pokrzyżuje nasze plany. W tym równiez pisanie tego blogu. Tak było choćby wczoraj kiedy po rannym treningu zaplanowaliśmy wizytę na targu San Zhan a potem dodanie kolejnego wpisu. Jednak okazało się, że niespodziewanie po treningu mamy obiad z ekipą Yantajskiego Związku Wushu a przede wszystkim jego szefem naszym starszym bratem Yu Yongsheng. Na tego typu spotkaniu jak zwykle pijemy hongjiou czyli czerwone wino o nazwie tanglangquan, którego dystrybutorem jest Związek Wushu. Wino z resztą całkiem niezłe. Po obiedzie wymuszony odpoczynek  aby być sprawnym na wieczornym treningu.

Po zawodach

dsc_0414

Nareszcie jesteśmy po zawodach. Trzy dni wystarczyły aby nas nieźle zmęczyć  zważywszy, że wróciła yantajska pogoda. A i samo siedzenie na dusznej i gorącej sali nie należy do przyjemności. O zawodach napiszę za chwilę, niżej.

Od 1993 roku kiedy poznałem mistrza Yu Tiancheng do momentu jego śmierci miałem sposobność uczestniczyć w czymś co nazywamy tradycyjnym kung fu – chuantong gong fu. Poznanie mistrza w znaczącym stopniu zmieniło moje życie. A zrozumienie zasad tradycyjnego kung fu zmieniło mój sposób postrzegania świata. Śmierć mistrza w 2004 roku zamknęła ten rozdział mojego życia. Na szczęście do tej tragicznej chwili udało mu się przekazać to co najważniejsze w tradycyjnym kung fu - zrozumienie kung fu i metody nauki wolnej walki. Coś czego ze świecą szukać w dzisiejszych Chinach i nie tylko.